sobota, sierpnia 27, 2005

Tajemnica szyfru Enigmy


Sprytną maszynę oni wymyślili. Co więcej - Nasi ją rozszyf- rowali. To jest bez- sprzeczny wyczyn. Tituk zaczął nadawać na falach akustycznych. Wspomaga się także za pomocą gestów. Nie do końca jestem pewien, czy można to zaliczyć do języka migowego Komańczów czy też Bezmiechowców*. Zakładając, że nie miał złych intencji, zagadką pozostaje sens gestu ze zdjęcia powyżej. Zresztą, nie wiadomo, kto kogo naśladuje. Ogłaszam konkurs numer 2 dotyczący znaczenia tego gestu. Odpowiedzi nie znam, nagrody będą za najśmieszniejszą wypowiedź. Ocenia jury w składzie: Tituk oraz jego prawa ręka.
Wracając do sprawy - On coś mówi od dwóch dni. Składa już nawet głoski: "Eglum"** znaczy prawdopodobnie "Mam dość. Zmienić pozycję trzymania" lub "Chcę do Mamy! Gdzie jest Mama?!". Wiadomo,że "Lee"*** to ni mniej ni więcej: "Zmęczony. Spać". Jest jeszcze "Aguu" i pp**** określany jest przezeń jako zachwyt.
Strona wizualna może natomiast być niebezpieczna dla odbiorcy. Z jednej strony może dopaść Cię, Drogi Czytelniku, frustracja lub, co gorsza, doświadczysz skutków niepożądanego pojawienia się w obszarze rażenia małej piąstki. Piszący te słowa nie zdążył uchylić się przed takim wybuchem radości podczas porannego przebudzania. Nie muszę dodawać, że kawa po wstaniu z łóżka nie była pierwszą rzeczą, której potrzebowałem. Czy ktoś wspominał w TV o przemocy w rodzinie? I co ja mam robić, Droga Redakcjo, jeśli 2-miesięczne dziecko leje mnie po mordzie?
Chyba dalej będę pisać... Może uda mi się zrobić słownik titucko-polski. Dopóki Tituk nie urośnie. Kiedyś pewnie przestanie mnie lać. Oby.
____________
* Góra, na której się znaleźliśmy i gdzie były robione zdjęcia ma nazwę Bezmiechowa.
** Tak może brzmieć, ale właściwą wymowę zna tylko Tituk.
*** Wymawia się, tak jak napisane. Nikt nie płacił mi za reklamę spodni.
**** Często będzie się w tych badaniach pojawiać skrót "pp" i oznacza "prawdopodobnie". Pp będzie to częste podczas deszyfracji kodu Tituka.

środa, sierpnia 24, 2005

Tituk zostaje Komańczem


Zaczęło się poprzedniego dnia. Od wina. In vino veritas. Nasz gospodarz, Michał, przyniósł tokaj i opowieść snuć zaczął o tym, jakie to skarby w węgierskim mieście z wina słynącym znaleźć można. Zapałaliśmy wielką chęcią dotarcia tamże. Cóż to jest 230 km*. Pogody dobrej miało nie być, pomysł wydał się znakomity, zwłaszcza, że wino smakowało nam. Plan ustawiony: pobudka o 6:30 - Tituk nam pomoże się zwlec z łóżek. Potem śniadanie i ruszamy. Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i załogi rozeszły się do wozów. Powoli minęliśmy stację benzynową. Tą, na której zamierzaliśmy zatankować. Pędzimy dalej. Docieramy do przejścia granicznego ze Słowacją w Radoszycach. Czekamy. Oddaję paszporty. Pan sprawdza, pyta dokąd jedziemy, odpowiadam. Nasze paszporty wędrują do kolegi Słowaka. "Trzy?" - pyta. "Nie, cztery." - odpowiadam. Polak się ożywia i pyta, czemu nie powiedziałem, że jest nas czwórka w samochodzie. Nie widział? Odpowiadam grzecznie, że jest Tituk. Podaje mu odpis aktu urodzenia. Za mało. Brak wpisu o zameldowaniu - nie puści przez granicę. Rozpoznania ciąg dalszy, czyli pytanie o to, gdzie mieszkamy. Pada odpowiedź. Pogranicznik waha się, ale widać widmo rychłego zakończenia kariery powoduje, że odmawia. Skucha numer dwa. Cóż, musimy wracać. Nie wszystko stracone jednak. Miły pan daje nam wskazówkę, która ma być zbawienna. Idziemy, właściwie - jedziemy tym tropem. Wyjściem ma być zameldowanie na krótki czas, wtedy pan nas puści. Zameldować, zameldować... Ale o co chodzi? Jedziemy pod wskazany adres - Urząd Gminy. Znaleźliśmy pokój i opowiadamy historię. Pani kiwa głową ze zrozumieniem, po czym uśmiecha się. "Zameldujemy synka na jeden dzień" - odpowiada. "Tu jest taka pani i ona się zawsze zgadza". "Udało się" - cieszę się w myślach. "Ale jej teraz nie ma..." Bomba. "Ale ja zapytam inną." Uff! Wypełniamy druki, kupujemy w kasie znaczki za 16 PLN i ... Igor zostaje zameldowany na 1 dzień. Wychodzimy szczęśliwi z jednodniowym mieszkańcem Komańczy. Droga do Tokaju staje otworem. Po drodze mijamy po raz trzeci tę samą parę turystów zmierzających w kierunku Słowacji. Nadal pieszo, choć próbują ciągle złapać autostop. Teraz już są mokrzy. Niestety mamy miejsce tylko w bagażniku. Pełni nadziei docieramy do granicy. Podajemy panu dokumenty, łącznie z uzyskanym w Urzędzie. Pan jest wyraźnie rozpromieniony. Pytam, czy mogę przekroczyć z tym dokumentem granicę słowacko-węgierską.
Rozpromienienie zamienia się w zdziwienie. Nie przekroczymy. Możemy sobie pojeździć po Słowacji...
Przynajmniej pogoda się poprawiła i na pokładzie mamy Komańcza. W końcu pojechaliśmy na zaporę w Solinie.

_____________________
* Jesteśmy w Bieszczadach, w Paszowej.

poniedziałek, sierpnia 15, 2005

Effrybady liwz in J.


Jeśli zdarza się coś, co warto opisać, to należy uwiecznić na jakimś medium. Miało być odludnie, niezbyt wielu rowerzystów, jeszcze mniej znajomych. Wiadomo, w długi weekend "wszyscy" wyjeżdżają. Oprócz nas. Okazało się, że nie tylko. Ruszyliśmy do pobliskiego parku, wyposażeni w wózek, Tituka i aparat fotograficzny. Szybki spacer tam i z powrotem. "Tam" poszło dość gładko. "Z powrotem" okazało się być przerywane. Ale do początku... Wypróbowaliśmy nosidełko dla Tituka. W drodze do "Tam" usnął po 1 km. Wylądował w wózku. Obudził się, gdy sięgnęliśmy po mały napój podczas postoju. W drodze "z powrotem" został wstawiony w nosidło twarzą w kierunku ruchu pojazdu, czyli mnie. Nie mógł się nadziwić, że las może ciągnąć się przez tyle metrów*. Nic nie było w stanie go rozproszyć. Najpierw spotkaliśmy Irka na idealnie nowym rowerze. Zamieniliśmy parę słów. Podeszła Grażyna, złożyła życzenia. Pomaszerowaliśmy dalej, Tituk domagał się kołysania. Potem nie wiadomo skąd na rowerach pojawiła się R z Paskudem. Gnali do Pubu G. Poźniej trójka Rosjan, jak sądzę, która zgubiła się w lesie i za pomocą telefonu komórkowego starali się ustalić swoją pozycję geograficzną. Raczej bezskutecznie, gdyż po wyjściu z lasu, po ok. 10 minutach, zobaczyliśmy i usłyszeliśmy ich współtowarzyszy definiujących charakterystyczne dla topografii terenu punkty orientacyjne. Wyjaśniliśmy, że ich koledzy się zgubili. Nawet złożyłem zdanie po rosyjsku. Po drodze spotkaliśmy znajomą Tygryska wybierającą się z mężem na Elbrus. Chwila rozmowy, idziemy dalej, w kierunku pubu G. Tam spotkaliśmy się z R, Paskudem, Basikiem i Rafułą.

Aha, gdyby Carlsberg rozpisywał konkurs pt. np. "Moja wakacje", to proszę pamiętać, że prawa do zdjęcia należą do Tituka. Czyli przez 18 lat nie można go bez naszej zgody użyc.

___________________
* lub innych jednostek uznanych przez Tituka za jednostki miary długości

poniedziałek, sierpnia 08, 2005

Co nowego | What's new

Dodałem odnośnik do tego bloga, z tym, że przetłumaczonego na angielski. Przepraszam wszystkich.

The link to English version of the blog was added. See the section on the right. Excuse me.